Od najmłodszych lat fascynowały mnie zwierzęta- w moim domu była świnka morska (wtedy! Teraz to byłaby cavia domowa 😉 ) , rybki, żółwie, wreszcie psy i koty. Ale ja od samego początku czułam szczególną więź z końmi- podobno po dziadku 🙂 Z końmi wiąże się całe moje dzieciństwo i lata nastoletnie, to dla koni poszłam na studia- weterynarię. Pierwszego konia, klacz śląską Żeglugę kupiłam dopiero jak skończyłam studia i trochę popracowałam. Kolejne dwa po prostu się „przytrafiły”- znacie to? Widzicie konia i od pierwszego wejrzenia wiecie, że to Wasz? No tak było z małopolską Clio i śląską Dafne- one miały być moje. A gdzie tu psy? No psy zawsze były gdzieś obok. Towarzyszyły mi od dziecka (Żaba mix w typie beagle, Magister w typie owczarka belgijskiego groenendaelera i Student, terrier z charakteru i wyglądu), potem w trakcie studiów była Zupa (mix ONka) i Tola (mix ONka z collie), zaś po studiach w życiu towarzyszyła mi Tekla- niektórym przypominała basenji, niektórym shibę, a w całości była najlepszym na świecie pomarańczowym mixem wszystkiego. Tekla po kilku latach życia na Podlasiu przeprowadziła się z nami na Śląsk, gdzie dołączyła do niej Elza- moje marzenie od zawsze. Albowiem od zawsze marzyłam o rottweilerze, tylko jakoś nigdy się nie składało- bo ciągle trafiały się psy w stylu Zupy czy Tekli. Ale rottweilery uważałam i uważam- za psy mojego życia, MOJĄ rasę. Więc kiedy po przeprowadzce do nowego domu zaczęłam poszukiwania psa, który mógłby stanowić też ochronę- oczywiście pomyślałam o rottweilerze. I tak trafiła do mnie Elza- rodowodowa rottweilerka, Młodzieżowa Championka Polski, która po kilku latach musiała zmienić dom z powodu problemów rodzinnych. Elza trafiła do mnie jako dojrzała, 6-letnia suka i przeżyła z nami kolejnych 6 lat. Miałam nawet okazję pokazywać ją w klasie weteranów na wystawach! I od Elzy w zasadzie zaczęła się moja przyjaźń z psami rasowymi, a ja, nie wiedzieć jak i kiedy, z koni- zeszłam na psy 😀

Bo kolejna była Vena- pierwszy świadomie przeze mnie kupiony szczeniak rasy Stafforshire Bull Terrier. Staffik miał być mniejszą wersją rottweilera i spełnił moje oczekiwania w 100%. To fantastyczna rasa, do tańca i do różańca- nieważne co zaproponowałam mojej Venie: tropienie, agility, posłuszeństwo, obronę, detekcję- ona za każdym razem dawała z siebie 200%. Brzmi jak ideał, na który z nieznanych mi powodów niektóre kraje nałożyły BANA. I tylko to spowodowało, że moja przygoda ze staffikami skończy się na jednej Venie…

Jeśli chodzi o maliny, czyli owczarki belgijskie malinois, to trafiłam na nie zupełnie przypadkiem- w zasadzie to pod żadnym pozorem nie chciałam maliniaka, uważałam je za bardzo trudne psy nie dla wszystkich, a na pewno nie dla mnie. Tylko że znałam od szczeniaka Belze od Wiesi Adamskiej i zawsze uważałam, że TAKIEGO maliniaka mogłabym mieć. Więc kiedy Belze miała szczeniaki- długo mnie nie trzeba było namawiać… I tak dzięki Ortce totalnie wsiąkłam w maliniaki! Z Ortką planowałam tylko tropienie użytkowe i detekcję, ale spróbowałam obrony pod regulaminem wtedy IPO (a teraz IGP) i tak nam się spodobało, że zaczęłyśmy regularne treningi IPO/IGP, a nawet miałyśmy romans z mondioringiem. To pod te sporty wybierałam kolejnego maliniaka i tym sposobem trafiła do mnie Kati. Kati jest dokładnie takim psem, jakiego sobie wymarzyłam i mogę szczerze powiedzieć, że to pies mojego życia. Razem idziemy przez IGPowe życie i lepszej (choć na pewno łatwiejszego 🙂 ) towarzyszki nie mogłam sobie wymarzyć.

Kropki, jak nazywam nasze toye rosyjskie, to dość świeża sprawa- chciałam jakiegoś małego pieska „do torebki” 😉 Oczywiście żartuję, żaden mój toy długo by w tej torebce nie usiedział. Ponieważ sporo moich malinoisowych znajomych miało właśnie toye rosyjskie, także i ja się skusiłam na toya, na próbę. Po miesiącu wszyscy wsiąkliśmy w rasę na amen i tym sposobem jesteśmy zatoyeni i ciągle nam mało.

Moje życie zawodowe także jest związane ze zwierzętami- to dla nich poszłam na weterynarię. Przez kilka lat pracowałam jako kliniczny lekarz weterynarii, następnie zaczęłam przygodę z Inspekcją weterynaryjną, gdzie pracuję po dziś dzień, jako specjalista m.in. od dobrostanu zwierząt. Praca w inspekcji daje mi, oprócz pensji oczywiście- możliwości treningowe. Wolne od pracy popołudnia i weekendy spędzam głównie na treningach z psami, ponieważ wychodzę z założenia, że każdy pies powinien w jakiś sposób spełniać się treningowo. Pomimo moich preferencji w kierunku obrony, fascynują mnie także niewiarygodne możliwości psiego nosa (np. przy detekcji, tropieniu) oraz ścisła współpraca pomiędzy człowiekiem a psem (posłuszeństwo sportowe), ale jak trzeba, to jestem gotowa spróbować czegoś nowego- stąd moja najnowsza przygoda z agility 😀

